Edward Kossoy to urodzony w roku 1913 w Radomiu polski prawnik narodowości żydowskiej, publicysta i adwokat w sprawach sądowych ofiar nazizmu.
Dzieciństwo spędził na Ukrainie. Po wojnie polsko-bolszewickiej i traktacie ryskim wrócił do rodzinnego Radomia, gdzie w 1930 r. zdał maturę w gimnazjum im. Tytusa Chałubińskiego. Następnie ukończył wydział prawa Uniwersytetu Warszawskiego. W 1940 r. skazany na 8 lat łagrów, zwolniony po dwóch latach opuścił ZSRR z armią generała Władysława Andersa. W czasie II wojny światowej Kossoy stracił najbliższych: ojca, żonę i córkę.
Po wojnie przebywał w Izraelu, a następnie w Szwajcarii. Uzyskał stopnie doktora praw i nauk politycznych. Jako adwokat reprezentował tysiące ofiar zbrodni hitlerowskich w sprawach o zadośćuczynienia i odszkodowania niemieckie. Wydał kilka książek w językach: angielskim, niemieckim i polskim. Publikował artykuły o tematyce historycznej, dotyczące odszkodowań, współczesnych stosunków międzynarodowych, dialogu polsko-żydowskiego. Był filantropem, darczyńcą Fundacji “Chałubińszczaków” oraz radomskiego Muzeum im. Jacka Malczewskiego. Zmarł w roku 2012.
Swoje przeżycia z okresu łagru spisał w formie opowiadań w cyklu „Stołypinka”. Opublikował też autobiografię pt. “Na marginesie”. Pisał w niej m.in: „Szanując‚ a nawet nieco zazdroszcząc ludziom‚ zarówno żydom i chrześcijanom (ale nie muzułmanom)‚ sam nie potrafię wierzyć w Boga”. Czy agnostycyzm autora wynikał z jego doświadczeń? Był przecież naocznym świadkiem obu dwudziestowiecznych totalitaryzmów. Wydaje się‚ że nie do końca. Wywodził się bowiem z zasymilowanej rodziny żydowskiej postrzegającej świat przede wszystkim empirycznie i racjonalnie. „Na marginesie…” zawiera tyle rozmaitych epizodów‚ że chyba każdy czytelnik będzie usatysfakcjonowany lekturą książki. Mnie najbardziej zaciekawiły międzywojenne wspomnienia autora, jak również te z sowieckich więzień, w których spędził kilkanaście miesięcy. Opisuje m.in karanie za złe ideologicznie nazwiska. Przyjaciel autora ze studiów na wydziale prawa Uniwersytetu Warszawskiego – Juliusz Beck spędził piętnaście lat w łagrach‚ z uwagi na domniemywane przez NKWD pokrewieństwo z przedwojennym polskim ministrem spraw zagranicznych i (sic!) generałem Ludwigiem Beckiem‚ jednym z czołowych sztabowców Wehrmachtu‚ rozstrzelanym po fiasku operacji „Walkiria” (zamachu na Hitlera w lipcu 1944 roku). Podobnie postępowano ponoć w ZSRR w latach dwudziestych wobec Polaków noszących nazwisko Wojciechowski‚ uważanych za potencjalną rodzinę ówczesnego prezydenta RP – Stanisława.
(TO-RT)









